Krzyż, Albert i Wojtyła w Nowej Hucie

Opublikowane przez

Krzyż, Albert i Wojtyła w Nowej Hucie

21.10.2020, Krzysztof Korwin-Piotrowski

Kiedyś cała Polska żyła tematem krzyża w Nowej Hucie. Ta dzielnica Krakowa miała być bez Boga, bez kościoła i lekceważonych przez komunistów symboli takich jak krzyż. A jednak doprowadzono do budowy potężnej świątyni pod wezwaniem św. Brata Alberta. 16 października 2020 roku, w 42. rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża i setną rocznicę jego urodzin odbył się tu koncert, który mimo pandemii, miał wspaniałą oprawę i liczną – jak na obecne możliwości – publiczność. To wydarzenie było związane również z 175. rocznicą urodzin Adama Chmielowskiego oraz 60. rocznicą Obrony Krzyża w Nowej Hucie.

Na ołtarzu dominuje potężna, piękna rzeźba św. Brata Alberta – Adama Chmielowskiego, który swoje życie poświęcił pomocy biednym i bezdomnym. Po prawej stronie od ołtarza jest portret uśmiechniętego św. Jana Pawła II z informacją o wyborze na papieża 16 października 1978 roku i o śmierci 4 maja 2005 roku.

W tym roku z powodu panoszenia się po świecie koronawirusa zarówno 15. rocznica śmierci, jak i – przede wszystkim – setna rocznica urodzin Karola Wojtyły nie zostały należycie uczczone. Spodziewałem się, że każde polskie miasto zorganizuje jakiś koncert lub widowisko plenerowe, bo przecież był to jeden z najsłynniejszych Polaków i najbardziej medialny papież w historii świata.

Koncert zorganizowany przez Parafię św. Brata Alberta (ks. proboszcza Pawła Kubaniego i parafianina Grzegorza Handzla) i Fundację Ignatianum (członka zarządu Tomasza Konturka), został wyreżyserowany przez Łukasza Lecha, który znakomicie dobrał wszystkie utwory, budując odpowiedni nastrój i dramaturgię. Już przy wejściu do kościoła zwracały uwagę: wspaniała oprawa scenograficzna Karola Smulskiego i światła (Event Light Zbigniewa Michury). Z ołtarza rozchodziły się jak promienie słońca podesty, pomiędzy którymi znajdowały się panele ze światłami ledowymi, a na zakończeniu podestów były piękne, eleganckie kompozycje kwiatowe. Olbrzymie konstrukcje z inteligentnymi światłami, między innymi przypominającymi kwiaty, dawały wielkie możliwości budowania nastroju i efektu widowiska. W pewnym momencie światła sprawiały niesamowite wrażenie Boskich promieni, rozchodzących się po całym kościele. Na podestach z tyłu stały kamery TV Trwam, a jedna z nich poruszała się w różnych kierunkach na specjalnych linach nad publicznością. A więc wykorzystana została najnowocześniejsza technika.

Bardzo dobrze brzmiała orkiestra Arte Symfoniko pod dyrekcją Mieczysława Smydy, a także świetnym dopełnieniem był chór OCTAVA ensemble przygotowany przez Zygmunta Magierę. Ciekawie brzmiące aranżacje były dziełem Macieja Niecia i Mieczysława Smydy. Ale bez dobrych solistów żaden koncert nie może się udać. Tutaj Łukasz Lech zadbał o dużą ilość wykonawców. Przede wszystkim pozytywnie zaskoczył mnie występ Eleni, której dawno już nie słyszałem na żywo. Ta piosenkarka ma wciąż klasę, elegancję, charyzmę i dobry głos. Wie, o czym śpiewa i potrafi wzruszać wszystkich. Wykonała w sposób, który porwał publiczność takie utwory jak: „Papieżu, pielgrzymie”, „Przez ile dróg” i „Maryjo, śliczna Pani”.

Osobą, która sprawiła, że koncert miał wielką emocjonalną siłę, była Anna Sokołowska-Alabrudzińska. Chwilami jej delikatnie rozwibrowany głos przypominał mi Annę German. To momenty, kiedy ma się wrażenie, jakby śpiew stawał się płaczem i krzykiem rozpaczy. Brawo! Taki efekt jest niebezpieczny, a tutaj wszystko jest na swoim miejscu. Wyjątkowo zaśpiewała takie pieśni jak: „Jeśli miłość” i „Z różańcem w ręku”. To nie było odśpiewanie kolejnych utworów, ale żarliwa modlitwa, wyciskająca łzy.

Znakomicie sprawdza się w koncertach muzyki religijnej Michał Gasz, od lat ulubiony artysta Piotra Rubika, z którym zjeździł pół świata i nagrywał płyty. Z powodu pandemii została odwołana wielka trasa koncertowa, którą przełożono na 2021 rok. Gasz nie tylko śpiewa, ale przeżywa całym ciałem. Jest to również bardzo dobry aktor musicalowy i ubolewam, że już od dawna nie występuje w teatrze. Stworzył kreację w chorzowskim Teatrze Rozrywki jako Tony w „West Side Story” w reżyserii Laco Adamika. Michał Gasz ma delikatny tenorowy głos, potrafi śpiewać pięknie i lekko bardzo wysokie dźwięki. Najbardziej podoba mi się, kiedy śpiewem wyraża radość, a jego ciało chce wtedy tańczyć. Znam to z koncertów, które miewaliśmy z Gaszem i zmarłym w ubiegłym roku Lotharem Dziwoki. Zawsze, gdy występował z Żorską Orkiestrą Rozrywkową albo świetnym kameralnym składem – Lotharsami – dawał z siebie 100 procent zaangażowana, a radość wspólnego muzykowania biła z jego oczu. Tu fantastycznie wykonał między innymi “Ecce Homo” z chórem. To był prawdziwy teatr, z dramaturgią, goryczą, mrokiem i buntem oraz wiarą w człowieka. Utwór (kompozycja i słowa) Marcina Stycznia o św. Bracie Albercie zabrzmiał tu niezwykle dramatycznie w znakomitej aranżacji Mieczysława Smydy. Oto znamienny fragment: Musiałem więc wyjść ze świata sztuki i pójść tam, gdzie bieda i ból, by dostrzec, że na nic wszelkie nauki, jeśli się służy złu. Przywdziałem więc płaszcz najmniejszych braci i ruszyłem do miejsc, których ten świat nie chciał zobaczyć – budziły jego wstręt…

Znakomicie była też wykonana “Wieża modlitwy” przez Michała Gasza i Annę Sokołowską-Alabrudzińską.

Obserwuję również z podziwem rozwój talentu i wszechstronność Marcina Jajkiewicza, który pod koniec września tego roku razem z Maciejem Pawlakiem został uhonorowany Teatralną Nagrodą Muzyczną im. Jana Kiepury jako najlepszy wokalista musicalowy. Jest wyjątkowo muzykalny, śpiewa wszystko bez jakiegokolwiek problemu. Nie ma w tym żadnego wysiłku, są piękne, czyste dźwięki. Idealny jest zarówno w utworach solowych, jak i w duetach. A jednak w tym koncercie czegoś mi zabrakło. Wszystko było dobrze, ale zabrakło tego żaru, który czułem w wykonaniach Anny Sokołowskiej-Alabrudzińskiej i Michała Gasza.

Gorzej na tym tle wypadli pozostali wykonawcy. Nie przekonał mnie Adam Rymarz. Można powiedzieć, że wokalnie wykonał wszystko poprawnie, ale nie zachwycił, a jego estradowe zacięcie bardziej pasowałoby do imprezy plenerowej niż do kościoła. Próbował na siłę sprawić, aby publiczność go zaakceptowała, ale sposób, w jaki to robił, nie był przekonujący. Marta Wilk ma klasę, śpiewa dobrze, ale nie wywołała u mnie zachwytu. Tak, jakby za bardzo pilnowała sama siebie. Brakowało elementu spontaniczności i autentycznego przeżycia, było po prostu dobre wykonanie. Sylwia Zelek oczarowała mnie swoimi nogami, a wykonaniem zdecydowanie mniej. Natomiast Marcin Ogrodnik z Fundacji Ignatianum na razie jest dość surowy, ale warto mu pomóc i może za parę lat jego głos nabierze dojrzałości. Żeby było jasne, wszyscy wykonawcy śpiewali czysto, ale tak to jest w tym zawodzie, że jedni zachwycają bardziej, inni mniej.

Koncert „Jan Paweł II – brat naszego Boga” był wyjątkowy, wspaniały, porywający, ze świetną dramaturgią i bardzo ciekawą narracją. Łukasz Lech na początku pojawił się przed ołtarzem, a kolejne swoje wejścia miał na specjalnym podeście umieszczonym z tyłu kościoła. Gratulacje dla wszystkich organizatorów, artystów i realizatorów, a także dla gospodarza miejsca – ks. proboszcza Pawła Kubaniego. To wielkie, wzruszające i nowoczesne widowisko można będzie oglądać w TV Trwam w niedzielę 25 października o 13.45.

Artykuł Krzyż, Albert i Wojtyła w Nowej Hucie pochodzi z serwisu ORFEO – portal muzyczny, TV.

Więcej informacji
Źródło: orfeo.com.pl

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.