Proces – nie taki straszny, jak go malują

Opublikowane przez

Proces – nie taki straszny, jak go malują

18.12.2020, Ewelina Kucharska

13 grudnia Opera na Zamku wyemitowała Proces z muzyką Philipa Glassa. Utwór miał swoją polską premierę 19 stycznia 2019 roku – i właśnie nagranie tej inscenizacji mogliśmy oglądać w miniony weekend.

W teatrach operowych, nie tylko polskich, ale i zagranicznych, opery Philipa Glassa nie należą do najczęściej wystawianych. Mało kto wie, że kompozytor napisał ich już trzydzieści, bo szczeciński Proces był dopiero trzecią, z którą Polacy mogli się spotkać. Po raz kolejny na myśl przychodzi problem repertuaru operowego i koncertowego świetnie znamy kompozycje klasyczne i romantyczne, ale zapytani o utwory współczesne miewamy problemy z odpowiedzią. Szkoda, bo mają one bardzo wiele do zaoferowania.

Pia Partum, reżyserka tej inscenizacji, zapowiadała, że tę operę widzi jako czarną komedię. Przyznam, że zachęciło mnie to ogromnie do obejrzenia spektaklu, jednak miałam pewne obawy, bo wyobrażam sobie, że Proces Kafki do najłatwiejszych w adaptacji nie należy.

Proces, fot. P. Nykowski

Zimne wnętrze otaczają betonowe ściany, a surowości scenografii dodaje chłodne światło. Za oknem widzimy wielkie miasto. Bohaterowie z pewnością znajdują się bardzo wysoko, jednak czy jest to dom Józefa K., bank, sąd czy kancelaria, pozostaje niewiadomą, zupełnie jak w sennym koszmarze. Wojciech Puś przygotował scenografię, która buduje atmosferę grozy – oschłą i pozbawioną ciepła, tak jak świat, w którym żyją bohaterowie. W tym wielkim mieście są samotni, na pozór posiadając wszystko, lecz tak naprawdę nie mają nic.

Muzyka Philipa Glassa hipnotyzuje. Minimalizm to zdecydowanie klucz do sukcesu tej opery. Krótkie, zbudowane z zaledwie kilku dźwięków, powtarzalne motywy, w których na pierwszy plan wysuwa się rytm, trzymają słuchacza w niepewności przez prawie cały spektakl. Ciągłe repetycje sprawiają, że czujemy się wrzuceni do machiny, której nie da się zatrzymać. Budowane napięcie wzrasta z każdą chwilą, jak gdyby nigdy nie miało znaleźć swojego rozwiązania, jakby chwila wytchnienia nigdy nie mogła nadejść. Kompozytor znakomicie wzmocnił cechy świata przedstawionego Kafki, podkreślając muzyką nie tylko surrealizm, ale i oniryzm.

Proces, fot. P. Nykowski

Śpiewacy nie mieli łatwego zadania, jednak poradzili sobie z nim wspaniale. Na szczególną uwagę zasługuje odtwórca głównej roli Christian Oldenburg. Niemiecki baryton sam oceniał swoją partię, jako jedną z najtrudniejszych – minimalistyczne, powtarzalne struktury dźwiękowe nie są łatwe w odbiorze, a co dopiero w wykonaniu. Oldenburg nawet przez chwilę nie miał problemu z partiami Józefa K., a przypomnę, że w Procesie postać ta jest obecna właściwie w każdej scenie. Co więcej, oszczędny w gestach Oldenburg, zbudował postać tak przekonującą, jak gdyby nie tylko grał, a był Józefem K.  Żadnemu ze śpiewaków nie można odmówić kunsztu: świetnie wypadli Pavlo Tolstoy w roli malarza Titorelliego oraz Rafał Pawnuk odgrywający księdza. Wielkie brawa należą się także paniom – Annie Ferysej (Panna Bürstner/Leni) oraz Goshi Kowalinskiej (Pani Grubach).

Proces, fot. P. Nykowski

Orkiestra pod kierownictwem Jerzego Wołosiuka spisała się na medal. Jak właściwie w każdym aspekcie tej opery, zadanie do łatwych nie należało – kameralna obsada orkiestry i brak chóru na pozór nie sprzyjają wywoływaniu wielkiego wrażenia, jednak właśnie w tej prostocie tkwi wielka siła.

Proces Philipa Glassa często analizuje się pod kątem wydźwięku politycznego. To, że Opera Szczecińska zdecydowała się wyemitować właśnie to dzieło w 39. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, wydaje się nie być przypadkowe. Ja jednak chciałabym zwrócić uwagę na inną, również ważną współcześnie problematykę – rolę kobiet w świecie Procesu, a właściwie jej brak. Być może jest to dyskusja z dziełem, czymś skończonym, z czym dyskutować przecież się nie da. Być może librecista chciał być wierny oryginałowi Kafki, w którym Józef K. i jego historia są najważniejsze. Być może… Jednak przedstawienie kobiet przez cały czas wywołuje we mnie oburzenie.  Opera została skomponowana w 2014 roku, ale ukazane w niej kobiety to rekwizyty sceniczne – piękne boginie, których zadaniem jest sprawianie przyjemności. W Procesie płeć piękna jest stworzona, aby Józef K. mógł dostać codziennie śniadanie, a następnie poddać się uwodzicielskiemu czarowi złej kobiety o niesamowitym głosie. Kobiety wykreowane przez Hamptona i Glassa oczywiście świetnie pasują do obrazu pozbawionego wartości świata, jednak umieszczeni w tym samym świecie mężczyźni mają przynajmniej jakiekolwiek marzenia i cele, co jest co najmniej zastanawiające.

Proces w reżyserii Pii Partum jest dokładnie taki, jak mówił o swoich operach kameralnych kompozytor Philip Glass – „jak bomby neutronowe – małe, ale z potężną siłą rażenia”. Tę siłę rażenia artyści Opery na Zamku przekazali najlepiej, jak było to możliwe. Samotność, niemoc, niepokój – to wszystko widz może poczuć na własnej skórze. Proces Józefa K. skłania do refleksji nad własnym życiem długo po opadnięciu kurtyny. Mam nadzieję, że polska publiczność będzie jeszcze miała okazję podziwiać tę i inne opery Philipa Glassa.

Proces, fot. P. Nykowski

Artykuł Proces – nie taki straszny, jak go malują pochodzi z serwisu ORFEO.

Więcej informacji
Źródło: orfeo.com.pl

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.